Muzyka wsp蟪czesna
Relacje
Opera
Historia
P硑ty
Archiwum Artyku硑 Ksią縦i P硑ty Autorzy Koncerty Prenumerata Reklamy i Og硂szenia Forum Kontakt
Historia  Na pożegnanie Roku Rubinsteina i Szymanowskiego

Zbliża się do końca Rok Karola Szymanowskiego (125. rocznica urodzin, 70. śmierci) i Rok Artura Rubinsteina (120. rocznica urodzin, 25. śmierci). Zn贸w oba ważne dla kultury nazwiska - jak za życia - znalazły się obok siebie. A przecież wszystko powinno tych ludzi r贸żnić i dzielić: polski dw贸r ziemiański na Ukrainie i żydowska kamienica przy Piotrkowskiej w wielkoprzemysłowej Łodzi, inna religia, tradycja, kultura, inne ideały życiowe, a nawet zdrowie, kondycja fizyczna i preferencje erotyczne; wystarczy wspomnieć o nieproporcjonalnym do urody, legendarnym powodzeniu Rubinsteina u płci przeciwnej, kt贸ra zdaje się bardziej cenić w mężczyźnie "podejście" niż powierzchowność. Połączyła ich, i to dość wcześnie, w przedziwnych okolicznościach, ta sama, młodzieńcza, zachłanna miłość do muzyki, połączyło Zakopane, kt贸re za jakiś czas odegra tak ogromną rolę w życiu i tw贸rczości Szymanowskiego.

Na razie nic jeszcze nie jest przesądzone, mamy dopiero lato 1904 roku. Dwudziestojednoletni Karol z Tymosz贸wki i Elizawietgradu, przystojny i oryginalny młodzieniec o elektryzującym spojrzeniu, komponujący dla przyjemności własnej i najbliższej okolicy, dla odwiedzających się wzajemnie Taub贸w, Neuhaus贸w i Dawydow贸w, wyjechał był właśnie (świeżo po stracie ojca Stanisława) na Festiwal Wagnerowski do Bayreuth. Siedemnastoletni Artur, cudowne dziecko z Łodzi, podbijające od dobrych paru lat serca berlińczyk贸w (w tym r贸wnież serca dwa i trzy razy starszych od siebie gospodyń, właścicielek stancji, co mu już pozostanie na całe życie), poznał był właśnie młodego dyrygenta i kompozytora z Warszawy, Juliusza Wertheima (1880-1928), a wraz z nim zawiłości uczuć, aromat dekadencji, wielkiej przygody i życia wyzwolonego. Homoseksualizm Juliusza nie stanowił - przy jego olbrzymiej kulturze i wyrozumiałości - problemu dla spuszczonego nagle z ł贸dzkiej i berlińskiej smyczy kochliwego Arturka; problemem, i to na lata, staną się otaczające Wertheima wampiry kobiecości i seksu: matka Juliusza i dwie jego piękne siostry (w tym jedna zamężna), wszystkie bardzo muzykalne. Przenosinom Artura do Warszawy, w ekskluzywne Aleje Ujazdowskie, gdzie stała wielka kamienica Wertheim贸w i wrzało życie pełne muzyki i miłości, towarzyszył niepok贸j całej ł贸dzkiej rodziny, a także ciskane na burzliwe pożegnanie gromy i proroctwa profesora Heinricha Bartha z Berlina, prowadzącego przez lata młodziutkiego Rubinsteina:
Skończysz w rynsztoku, niewdzięczny smarkaczu! Przepowiadam ci to, a jeśli wyjedziesz, to lepiej nie wracaj! I nie licz na swoich dobroczyńc贸w [byli nimi: wielki skrzypek, przyjaciel Brahmsa, J贸zef Joachim, i jego trzej przyjaciele-bankierzy: Robert Mendelssohn, Robert Warschauer i Martin Levy]. Poinformuję ich, że wyjeżdżasz wbrew mojej woli!

  ARTUR RUBINSTEIN, Fot. Roger Haubert  
  ARTUR RUBINSTEIN, Fot. Roger Haubert  
Oczywiście Rubinstein wyjechał, z siłą i determinacją proporcjonalną do furii pedantycznego profesora pianistyki z Cesarsko-Kr贸lewskiej Akademii Muzyki, jakby intuicyjnie czując, że ten m贸gł być już tylko hamulcem na drodze jego spontanicznego rozwoju. Wyjechał nie tylko do Wertheim贸w, u kt贸rych zamieszkał, ale i z Wertheimami do Zakopanego, gdzie przydarzyła mu się jedna z najciekawszych i najdonioślejszych przyg贸d życia. Opowiedział ją szczeg贸łowo w pierwszej części swoich obszernych memuar贸w, pisanych na starość i zatytułowanych My Young Years (New York 1973; wyd. polskie Moje młode lata, przekład T. Szafara, Krak贸w 1976):
Rodzina Fryderyka [z uwagi na drastyczne szczeg贸ły Wertheimowie ukryci zostali pod pseudonimami, a Juliusz Wertheim aż do swej przedwczesnej śmierci na podium dyrygenckim w pamiętnikach Rubinsteina nosi miano Fryderyka Harmana] wynajęła obszerną willę na skraju Zakopanego, w miejscu dość odludnym, przy drodze wiodącej w kierunku Giewontu, g贸rującego majestatycznie nad całą okolicą. [...]
Ćwiczyć na fortepianie mogłem tylko nocą, skupianie się na muzyce w ciągu dnia zupełnie nie wchodziło w rachubę... Nie ulega wątpliwości, że te spędzane przy fortepianie noce należały do najpożyteczniejszych w moim życiu. Coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, jak ubogi i przestarzały jest m贸j repertuar, z żarłoczną więc pasją rzuciłem się do opanowywania całej tej muzyki, od kt贸rej profesor Barth trzymał mnie z daleka w ciągu wszystkich spędzonych w Berlinie lat. Koncert d-moll Brahmsa, Beethovena Koncert c-moll i G-dur, a także Appassionatę; obie wielkie sonaty Chopina, dwie ballady, trzy scherza, kilka preludi贸w, sześć etiud, Fantazję f-moll, Barkarolę oraz wielkie Polonezy: fis-moll i As-dur; opr贸cz tego Karnawał i Etiudy symfoniczne Schumanna, Walc "Mefisto" Liszta... - wszystkie te standardowe utwory przygotowałem, pracując po nocach, w ciągu dw贸ch miesięcy spędzonych w Zakopanem. Było to możliwe dzięki memu szczeg贸lnemu darowi szybkiego przyswajania sobie sensu i struktury utworu muzycznego oraz dzięki wyjątkowej pamięci; po parokrotnym przeczytaniu mogłem zagrać wszystko, pomijając, rzecz jasna, wiele szczeg贸ł贸w, zwłaszcza gdy związane były z problemami technicznymi. Dla przeciętnego słuchacza brzmiało to doskonale, i tylko wtajemniczeni, koledzy-pianiści, byli w stanie odkryć, czego mi niedostawało. Co do mnie - zbyt pilno mi było do opanowania możliwie najszerszego repertuaru, by troszczyć się o drobiazgi; kiedy tak szczodrze pomagałem sobie pedałami i wrodzoną wirtuozerią, wszelkie niedostatki - w sensie przenośnym i muzycznym - mogły mi ujść na sucho.

W tym miejscu przerywając opowieść, dodajmy, po uważnej lekturze 1200 stron obu części pamiętnik贸w Rubinsteina (My Young Years i My Many Years, 1980), że względna choćby i niedoskonała, chwiejna r贸wnowaga pomiędzy tym, co się podoba słuchaczowi, a tym, co przystoi artyście, między efektem a wartością i sztuką, poklaskiem a głęboką satysfakcją artystyczną, między gratyfikacją wreszcie a rzeczywistą zasługą w służbie temu, co ważne, dobre i szlachetne - stanie się najdonioślejszą sprawą w życiu i działalności koncertowej wielkiego pianisty. Osiemdziesiąt lat obecności na estradach świata, zdolność krytycznego przyglądania się sobie i sztuce swoich koleg贸w-artyst贸w przyniesie u Rubinsteina znamienne rozr贸żnienie pianisty i muzyka, z jednej strony urodzonego lwa estrady, bożyszcza tłum贸w, gladiatora i czarodzieja prowadzącego słuchaczy po sznurku, mamiącego od czasu do czasu błyskotkami muzycznymi (sławny Taniec ognia de Falli i legendarna Navarra Albeniza), a z drugiej artysty poszukującego (często wraz z kompozytorem) nowych dr贸g i rozwiązań, poszerzającego wrażliwość i horyzonty muzyki. Stanie się to szczeg贸lnie widoczne z chwilą poznania przez znakomitego pianistę koryfeuszy nowej sztuki dźwięk贸w: Debussy'ego, Ravela, Szymanowskiego, Strawińskiego, Prokofiewa czy Villi-Lobosa...

Powiedzmy sobie szczerze: wprowadzanie na estrady wielu, bardzo r贸żnych, często niezwykle egzotycznych kraj贸w, przed niewyrobioną lub uparcie schematyczną publiczność, całkowicie nieosłuchanych utwor贸w 贸wczesnej moderny lub awangardy (czasem, co gorsza, dedykowanych wykonawcy, a zatem obligujących go moralnie do prezentacji), stawiało pianistę-wirtuoza przed ciężką pr贸bą i bywało nierzadko aktem ryzyka i odwagi. W sytuacji, gdy lew estrady miewał kłopoty z wymuszeniem i utrzymaniem uwagi klienteli przy najprostszej fantazji, toccacie i fudze Bacha - w przejrzyście łopatologicznej transkrypcji Busoniego - łatwo sobie wyobrazić op贸r, a może nawet niechęć i zniecierpliwienie słuchaczy, mechanicznie przenoszone na wykonawcę, przy utworach tak wymagających, jak V Sonata Skriabina, II Sonata Prokofiewa lub II Sonata A-dur Szymanowskiego, grana w zachwyceniu bezpośrednio z rękopisu. O tym ostatnim dziele, kt贸rego był Rubinstein pierwszym publicznym wykonawcą (Berlin, 1 grudnia 1911), napisze słowa znamienne, świadczące o świadomie przyjętym w imię wyższych racji i wartości ryzyku estradowym:
Był to bardzo skomplikowany i trudny utw贸r, ale istne arcydzieło, pełne nowych pomysł贸w, rozmachu i pasji.

  KAROL SZYMANOWSKI w 'Atmie', Fot. Archiwum  
  KAROL SZYMANOWSKI w 'Atmie', Fot. Archiwum  
Rzecz w tym, i to raczej przykra, że utw贸r ten podzieli los innych dzieł nowatorskich i odkrywczych, stawiających nadmierne wymagania uchu kształconemu na samograjach, schematach i replikach. Rubinstein, rasowy hazardzista (w sensie dosłownym r贸wnież), co jakiś czas - ze zmiennym szczęściem - wypr贸bowywał na słuchaczach nowe, często dedykowane sobie, utwory, a to Wariacje b-moll i Maski, a to preludia i etiudy, a to "g贸ralskie" mazurki Szymanowskiego; to zn贸w przysiadał się do rozpropagowanej przez kompozytora - z niemałym fizycznym trudem - IV Symfonii "Koncertującej"; bywało, że metodycznie męczył mieszczucha dziką egzotyką Villi-Lobosa (O Prole do Bebe, Rudepo臋ma), straszył Podszeptami diabelskimi Prokofiewa lub pr贸bował czarować zmiennością nastroj贸w jego Wizji ulotnych. Uparcie, często wbrew pierwszej reakcji sali, lansował w r贸żnych miejscach i na wielu kontynentach fortepianową wersję suity z baletu Pietruszka Strawińskiego, jakby usiłując sprawdzić, czy, jak, gdzie i po jakim czasie przyjmują się w uchu i m贸zgu słuchacza muzyczne nowalijki i barbaryzmy nowej harmonii. Zdarzało się r贸wnież, że nie grał przed publicznością utwor贸w specjalnie dla niego skomponowanych, by przypomnieć Piano Rag Music Strawińskiego, kt贸rym ten chciał sprawić przyjemność wielkiemu pianiście. Ale kompozycja ta, reklamowana jako "pierwszy prawdziwy utw贸r fortepianowy", w żaden spos贸b nie podchodziła Rubinsteinowi. Nie spodobało mu się przede wszystkim konsekwentnie perkusyjne użycie fortepianu, co zdawało się zubażać jego prawdziwą naturę, funkcję i możliwości. Potraktowanie instrumentu jak kołatki, a pianisty jak dobosza zraziło Rubinsteina do tej kompozycji na zawsze. Pewne utwory, zrazu odrzucone przez publiczność, skazywał na "leżakowanie", by popr贸bować szczęścia od nowa po latach w innych okolicznościach i środowiskach, lub umiejętnie wtapiał je między pewniaki i samograje. Notorycznie nie sprawdzające się eliminował z repertuaru. Los taki spotka m.in. napisaną specjalnie dla Rubinsteina i jemu dedykowaną kompozycję Manuela de Falli Fantasia B茅tica. W przeciwieństwie do ładnych i nastrojowych Nocy w ogrodach Hiszpanii tegoż kompozytora nie nadawała się, mimo powinowactwa z flamenco, ani do grania, ani do słuchania. A przecież Rubinstein przez całe dziesięciolecia uchodził w zgodnej opinii za idealnego wykonawcę Hiszpan贸w, co nieraz nawet budziło jego zniecierpliwienie; nikt bowiem nie lubi za długo spoczywać - choćby na piernatach - w podpisanej szufladzie.

Przez całe długie i aktywne życie w muzyce artysta kł贸cił się w nim z wirtuozem-prestidigitatorem, kapłan wyższej sztuki, pan swojej woli i swych upodobań z uniżonym sługą publiczności, wyczulonym na vox populi i najzwyklejszą radość słuchacza, obowiązkowy i odpowiedzialny pracuś, doskonalący warsztat i poszerzający repertuar - z mistrzem pedałowej fuszerki, kr贸lem życia, leniem i sybarytą, rozmieniającym wielki, samorodny talent na ucieszne drobiazgi i zabiegi. Zanim wydamy jednak nazbyt pochopny, nieprzemyślany lub niesprawiedliwy osąd, lekceważący kt贸ryś z przeciwstawnych biegun贸w jego osobowości, musimy wziąć pod uwagę, że jako siedemnastolatek zerwał z krępującą go ortodoksją i rozpoczął żywot artysty wolnego, kt贸rego byt, a niebawem też los jego szybko powiększającej się rodziny będą zależeć od tego, co gra, przed kim, ale też ile ugra. Ekstrawertywny, towarzyski, czarujący w obejściu miał Rubinstein fantastyczne porozumienie z publicznością, intuicyjne wyczucie jej potrzeb i nastroju sali. Korzystał niekiedy z większej przychylności słuchacza do promowania rzeczy nowszych, trudniejszych, ambitniejszych, ale nie obstawał na siłę przy swoim, nie przeciągał struny, nie bronił zażarcie muzycznej Grenady, nie grał przeciwko instrumentowi i uchu. Liczył się, rzecz jasna, z incydentalną klęską jakiegoś utworu wprowadzanego w obieg muzyczny, bo to należało do porządku rzeczy, a niekiedy, jak słynny skandal Święta wiosny Strawińskiego i Diagilewa, uruchamiało mechanizm zainteresowania i sławy. Ale wiedział też, że utrzymujące się fiasko dzieła, permanentna obojętność publiczności prowadzi do estradowego samob贸jstwa wirtuoza. Dlatego przez tyle lat, mimo złośliwości koleg贸w po fachu i dąs贸w krytyki, stawiał w repertuarze na "pewniaki" (IV Koncert Beethovena, II Brahmsa, II Saint-Sa毛nsa) i sięgał po szlagiery, rozpalając nimi sale koncertowe. Polonez As-dur Chopina, Navarra Albeniza i Taniec ognia de Falli w jego układzie i w jego żywiołowym, magicznym wykonaniu nigdy nie zawiodły.

Odbiegliśmy daleko, oddając się rozkoszom dygresji i swobodnych skojarzeń, od polskich, warszawskich i zakopiańskich początk贸w kariery genialnego siedemnastolatka. Tymczasem ciągle jest rok 1904 i Rubinstein, wytrwale lecząc się z niestrawności po berlińskim zakalcu, uparcie ćwiczy po nocach w domu pod Giewontem...
Pewnej nocy, zaniepokojony jakimiś podejrzanymi odgłosami w ogrodzie, wyjrzałem ostrożnie przez wąską szparę w okiennej zasłonie i zobaczyłem tuż przed wejściem do willi dziwną postać wysokiego mężczyzny w długiej czarnej pelerynie i naciągniętym na głowę kapturze. Ze wstydem przyznaję, że przeraziłem się śmiertelnie.

Niepokojący epizod, nim znajdzie swoje nad wyraz szczęśliwe zakończenie, powt贸rzy się jeszcze wielokrotnie, rozpalając wyobraźnię młodego wirtuoza i zachęcając do uszczypliwych komentarzy resztę domownik贸w, śpiących rzecz jasna w środku nocy - przy muzyce - snem sprawiedliwego. W końcu Artur zbierze się na odwagę, by rzecz całą wydobyć z mrok贸w i - nomen omen - wyświetlić...
Kolejnego wieczora, widząc jak postać ostrożnie skrada się pod okno pokoju muzycznego, otworzyłem drzwi do ogrodu i z sercem walącym z przerażenia zawołałem:
- Co pan tam robi? Czego pan chce? Kim pan jest?
Przestraszony głos odparł uprzejmie:
- Kocham muzykę i przychodzę posłuchać pańskiej gry. Ale jeśli to panu przeszkadza, p贸jdę sobie i nie będę pana więcej niepokoił.
Wszyscy, nie wyłączając nieznajomego, wybuchnęliśmy radosnym śmiechem, a Fryderyk zaprosił go do środka, aby napił się herbaty i poznał rodzinę. Groźne widmo okazało się młodym studentem medycyny, Bronisławem Gromadzkim, skrzypkiem amatorem; w Elizawietgradzie na Ukrainie chodził do szkoły wraz z młodym polskim kompozytorem, kt贸rego określił mianem geniusza, a kt贸ry nazywał się Karol Szymanowski.
- Przepisałem kilka jego etiud i preludi贸w - dodał - a także sonatę skrzypcową, kt贸rą mi dedykował [chodzi o dziewięć preludi贸w i cztery etiudy na fortepian op. 1 i 4 oraz o sonatę na skrzypce i fortepian d-moll op. 9]. Czy m贸głbym je państwu pokazać?

Kurtuazja nakazywała się zgodzić, rozum i doświadczenie - nie oczekiwać niczego poza poprawnością. Ale przyniesione nazajutrz utwory zrodziła bezsprzecznie głowa i ręka mistrza...
Gorączkowo przeczytaliśmy wszystkie rękopisy, a nasz entuzjazm i podniecenie rosły, w miarę jak uświadamialiśmy sobie, że oto odkrywamy wielkiego polskiego kompozytora! Jego styl pozostawał pod wydatnym wpływem Chopina, forma miała w sobie coś ze Skriabina, ale prowadzenie melodii oraz śmiałe i oryginalne modulacje świadczyły o potężnej i oryginalnej osobowości ich autora... [...]
Tej samej nocy napisałem do Szymanowskiego długi list, kt贸ry wysłałem na adres podany mi przez jego przyjaciela. Opowiedziałem o ogromnym wrażeniu, jakie wywarła na mnie jego muzyka [...], jak bardzo pokrewne są nasze instynkty muzyczne oraz że palę się do poznania go, do wymiany myśli. Był to jeden z najdonioślejszych, najbardziej naglących list贸w, jakie w życiu napisałem.

I Szymanowski prosto z Niemiec zjechał do Zakopanego, szczerze, serdecznie zaprzyjaźnił się z Rubinsteinem - i ta przyjaźń, jedna z najpiękniejszych i najbardziej owocnych w dziejach muzyki, przetrwa blisko trzydzieści trzy lata, aż do końca, do przedwczesnej śmierci Karola w lozańskiej klinice 29 marca 1937 roku. Rubinstein przeżyje go - bagatela - o lat 45 i doczeka jeszcze, w ostatniej chwili, w październiku 1982 roku, stulecia urodzin przyjaciela. Odejdzie niedługo potem, 20 grudnia tegoż roku w Genewie. Ciało jego nie powr贸ciło do Łodzi, w kt贸rej się urodził, kt贸rą po wojnie parokrotnie odwiedzał, kt贸ra jego imieniem nazwała swoją filharmonię i nadała mu honorowe obywatelstwo. Komunistyczna Polska partyjno-wojskowej dyktatury, Polska stanu wojennego (ten został oficjalnie zniesiony, a raczej "warunkowo" zawieszony 31 grudnia 1982, w parę dni po śmierci wielkiego pianisty, Żyda, Polaka i obywatela świata) nie mogła siłą rzeczy stać się wymarzonym miejscem wiecznego spoczynku ani dla samego Rubinsteina, ani dla jego pięknej polskiej żony, Anieli Młynarskiej, ani dla jego "amerykańskich" dzieci: Ewy, Pawła, Aliny i Johna. Upomniała się o niego Jerozolima, pamiętająca, że on upominał się o nią na forum ONZ i UNESCO jako o stolicę Izraela i symbol jedności wszystkich Żyd贸w. I tam został pochowany.

W przypadku wielkiego i popularnego artysty, do tego Matuzalema, o niezwykłej witalności i aktywności towarzysko-zawodowej (przeszło 80 lat koncertowania, ponad 6000 występ贸w, bogaty repertuar, duża liczba nagrań), w dodatku autora wspomnień i przemyśleń, znającego najciekawszych ludzi epoki, kr贸la życia, męża i ojca - śmierć, rozpad czy spopielenie ciała niczego nie kończy, nie zamyka, nie przekreśla. Ludzie tacy jak Rubinstein niewiele już zostawiają śmierci, ziemi, ogniowi - kaleki wi贸r cielesności, pustą i wyschłą łupinę. Oni rozsiewają się po drodze, żyją rozrzutnie, karmią sobą innych, choć i sami - w sprawiedliwej proporcji - biorą z życia niemało.

Los obdzielił obu wielkich muzyk贸w nier贸wno: zazdrośnie wydzielił lata życia Szymanowskiemu, ledwo 54, z kt贸rych wiele skaziła mu ciężka choroba, powszechne niezrozumienie jego sztuki, wykorzenienie z ziemi i z domu, troska o byt materialny własny i licznego rodzeństwa; nie poskąpił za to Rubinsteinowi - pozwolił żyć w ciekawych czasach, kt贸re jeśli nie zabijają, hartują, w czasach dwu okrutnych wojen światowych, antysemityzmu, ustaw norymberskich, zagłady całych narod贸w, pohańbienia człowieczeństwa, kom贸r gazowych i krematori贸w. Przedłużył mu starość, kt贸rej Szymanowski nie zaznał, pozwalając doczekać "pięknego wieku" bez mała 96 lat, niedołęstwa i ślepoty. R贸żniło ich zewnętrznie, jak już powiedziano, prawie wszystko. Połączyła - wbrew genom, rasom, losom i historii - tw贸rczość, wyr贸żnik najwyższego człowieczeństwa, przynależny rzeczywiście i prawdziwie wybranym z gromady Wielkim Duchom. Połączyła zachłanna intensywność istnienia, wciąż zagrożonego entropią i śmiercią, żarliwa miłość życia i ludzi, sztuki i piękna... Obaj mogli powiedzieć to, co pod koniec zwierzy Szymanowski Iwaszkiewiczowi: "Jednego w życiu nie żałuję, tego że dużo kochałem".

Oczywiście byli sobie wzajemnie potrzebni. Jak reżyser potrzebuje dobrych i rozumnych aktor贸w, kt贸rzy pojmą jego wizje i - by przywołać Wajdę - "zagrają mu to pięknie", tak kompozytor, choćby był multiinstrumentalistą, potrzebuje wielkiego prezentera i ambasadora swojej sztuki. Dwudziestojednoletni Szymanowski wiedział, co robi, gdy wezwany słowami uwielbienia wysiadał z pociągu na dworcu w Zakopanem latem 1904 roku, gdy parę lat p贸źniej przekonsultował i oddał w użytkowanie wschodzącej gwieździe pianistyki, temu, co kr贸lom (fortepianu) był r贸wny, swoją II Sonatę fortepianową, a następnie zadedykował Serenadę Don Juana z cyklu Maski, cztery pierwsze mazurki z opusu 50, wreszcie - jakby na pożegnanie życia i pięknej przyjaźni - IV Symfonię "Koncertującą". Rubinstein odziedziczy ją wprost po Szymanowskim, kt贸ry - bardzo już chory - zaprezentuje ją Europie w kr贸tkim czasie ponad 25 razy. Symfonia z fortepianem obbligato okaże się dziełem trudniejszym niż oczekiwał kompozytor. Iwaszkiewicz pieczołowicie i szczerze opisał konsternację publiczności kopenhaskiej po wysłuchaniu "barbarzyńskiej" i "dzikiej" muzyki Karola, kt贸ry w swojej naiwności mniemał, że napisał coś w stylu "Unterhaltungsmusik dla szerokiej publiczności", rodzaj Błękitnej rapsodii. Nie dziwmy się zatem obiekcjom Rubinsteina, że nie ruszył z kopyta, że nie poznał się natychmiast na utworze przyjaciela (może zn贸w go wyhamował tu i 贸wdzie perkusyjnie traktowany fortepian, skąpe szafowanie belcantem, deficyt legato i kantyleny), że do "Koncertującej" długo podchodził jak do jeża. Wreszcie jesienią 1942 roku zagrał ją - z wyraźną przyjemnością i powodzeniem - wielokrotnie z filadelfijczykami Eugene'a Ormandy'ego...

W ciągu trzech pr贸b opracowaliśmy to piękne dzieło, a p贸źniejsze koncerty zapisały się w mej pamięci w szczeg贸lny spos贸b. Dzieło rosło we mnie z występu na występ i podczas ostatniego, kt贸ry wypadł w Nowym Jorku, grałem je tak swobodnie, jak gdybym improwizował sw贸j własny utw贸r.
W roku 1955 nagra dla wytw贸rni fonograficznej VICTOR z Orkiestrą Filharmonii w Los Angeles pod dyrekcją Alfreda Wallensteina oswojone już i uwewnętrznione, sprawdzone przed publicznością ostatnie wielkie dzieło Karola Szymanowskiego. W roku 1966 otworzy nim - ze Stanisławem Wisłockim i Orkiestrą Filharmonii Narodowej - X Międzynarodowy Festiwal Muzyki Wsp贸łczesnej "Warszawska Jesień".

Szymanowski. Rubinstein. Albo lepiej, prawdziwiej: Szymanowski - Rubinstein... Uderza pełna lojalność i olbrzymia sympatia w pamiętnikach wielkiego pianisty. Czy to samo znaleźlibyśmy w korespondencji wielkiego kompozytora? Choć to nie czas i miejsce, warto by pogrzebać od tej strony w monumentalnym dziele Teresy Chylińskiej.

Gdyby przyszło nam ocalić jeden charakterystyczny obraz-symbol tej budującej relacji, bylibyśmy w kłopocie. Może wspomniana już przygoda z Gromadzkim, może przyjazd Karola do Zakopanego ("Ubrany był na czarno, wciąż jeszcze w żałobie, a w meloniku i rękawiczkach bardziej przypominał dyplomatę niż muzyka. Jego piękne, wielkie szarobłękitne oczy miały smutny, inteligentny i niezwykle czuły wyraz."), może wsp贸lne biesiady z Witkacym, a może niezapomniana podr贸ż Artura z Karolem do Krakowa i dalej do Paryża, podczas kt贸rej wyznali sobie "dozgonną przyjaźń" - i dotrzymali obietnicy. A może towarzysko-muzyczne pogwarki w Victorii i Bristolu z udziałem znakomitego skrzypka Pawła Kochańskiego, kt贸ry z ogromnej życzliwości pomagał Karolowi przy Nokturnie i Taranteli, Mitach i przy obydwu Koncertach skrzypcowych.

Jeśli trzymają się nas najsilniej obrazy niezmąconego spokoju i szczęścia, jeśli trwają w nas - mitologizując się coraz bardziej - stany nieomal mistyczne, dzieje się tak za sprawą miejsc magicznych, ludzi ciekawych i pięknych, przychylnych klimat贸w i nastroj贸w. Takim magicznym miejscem dla ludzi sztuki, Karola, Artura, Jarosława (Iwaszkiewicza), była na początku ubiegłego stulecia ukraińska Tymosz贸wka Szymanowskich. Iwaszkiewicz, krewny Szymanowskich, był związany z tym niezwykłym domem i pejzażem w spos贸b całkowicie naturalny, od dziecka. Uwieczniał znajome twarze i obrazy - z wielką czułością - wielokrotnie: w liryce (by przywołać jedynie wiersz Do Karola Szymanowskiego, przypomniany w tegorocznym marcowym numerze "Ruchu Muzycznego"), w Książce moich wspomnień, w Spotkaniach z Szymanowskim, w p贸źnych, nostalgicznych Ogrodach, książce niezwykłej piękności. Rubinstein był w Tymosz贸wce gościem, już to samego Szymanowskiego, jak w 1909 i 1910 roku, już to mieszkających w sąsiedztwie Dawydow贸w, jak latem roku 1911 i 1912. O pierwszym pobycie napisze: "Spędziłem w Tymosz贸wce dziesięć uroczych dni. [...] Wr贸ciłem do Warszawy bogatszy o piękne przeżycie". O drugim: "Spędziłem tam przeszło cztery tygodnie i pobyt ten doskonale mi zrobił". Trzeci, kt贸ry był już powrotem do Arkadii, najbardziej zapadł mu w pamięć. Nie tylko zresztą z uwagi na Karola i muzykę, na urodę pejzażu i klimatu, błogosławieństwo ziemi pełnej kwiat贸w i owoc贸w, wody (za parkiem i ogrodem schodziło się tarasami do wielkiego stawu z ł贸dkami, gdzie rosła dzika "rajska jabłoń") i zawsze czystego - jak utrzymuje Iwaszkiewicz - powietrza. Jedyną mgiełkę ambiwalencji wnosiło do tej aury rozkwitu i szczęśliwości nieokrzesane i trochę niepojęte, jak to bywa w dramatycznej fazie rozpoznawania świata żarliwością, młode życie uczuciowe. C贸ż zresztą byłyby warte raje bez anioł贸w, bez magicznej kobiecości przyobleczonej w ciało i godowe szaty, bez zewu płci i posmaku grzechu? Nie chodzi tu tylko o trzy dorodne panny Szymanowskie, siostry Karola, o Nulę, Stasię i Ziokę, a także ich liczne kuzynki i przyjaci贸łki, odwiedzające Tymosz贸wkę pełną młodych ludzi i urody życia. Chodzi o jeszcze kogoś, kto w życiu, a nawet tw贸rczości Szymanowskiego, kto we wspomnieniach Gromadzkiego, Rubinsteina i Iwaszkiewicza zajmuje pozycję wyjątkową. Piękna pani Natalia Dawydow z Werbowki (Wierzb贸wki) była prawdziwą damą, hojnie obdarowaną przez naturę nienaganną figurą i żywą inteligencją, powabem i osobowością, charakterem, charyzmą, wrażliwością i niezwykłą dobrocią.

Musiała robić wielkie wrażenie na Karolu, nie gustującym przesadnie w kobietach, skoro ten odbywał z nią częste i długie debaty muzyczne i zadedykował jej ową, wspomnianą już, "rubinsteinowską" II Sonatę fortepianową, dzieło wielkiej elegancji i wielkiej namiętności. Uwieczni ja także, jako hrabinę Łanskoj, na literackich kartach swego Efebosa. Katastrofa wojny i rewolucji wysadzi z siodła tych dwoje pięknych ludzi, uczyni z nich wygnańc贸w i po części parias贸w. Wierzb贸wka podzieli los Tymosz贸wki, gdzie "dom spalono, park wycięto, a fortepian utopiono w stawie". Rękopis powieści Szymanowskiego spłonie w 1939 roku, jej autor umrze w Lozannie w 1937, a pani Natalia, po latach emigracyjnej poniewierki i nędzy, odbierze sobie życie w Paryżu. To wszystko stanie się p贸źniej - nieubłaganie, nieodwołalnie. Na razie jest lato 1911 czy 1912 roku i nic nie zapowiada katastrofy. "Przed dom - relacjonuje Iwaszkiewicz - zajechał samoch贸d Dawydowych, Rubinstein przyjechał do Karola. Mieli grać Pietruszkę na cztery ręce"...

W tym miejscu zatrzymajmy wahadło i niech tak już zostanie.
TADEUSZ STEFAŃCZYK

ROK LI • NR 25 • 9 GRUDNIA

Mysz w Ruchu


ROK LI • NR 25 • 9 GRUDNIA


2013r - Terminarz nadsy砤nia materia丑w


Biblioteka narodowa
Oficjalna witryna banku PKO BP

  Wstecz  Do g髍y  Napisz do nas  DrukujSkomentuj

© 2006-2009 Biblioteka Narodowa