|
|
|
|
|
|
 | VIII Festiwal Bachowski w Świdnicy. Bach jest O.K.! |
| VIII Festiwal Bachowski
22-29 lipca, Świdnica | I znów Świdnica! Po spotkaniach z muzyką współczesną na początku lipca na XIII Ogólnopolskim Mistrzowskim Kursie Wykonawstwa Muzyki Współczesnej, pod koniec miesiąca odbył się kolejny Festiwal Bachowski. Miasto ani wielkie, ani małe: 65 tysięcy mieszkańców, stolica powiatu, od 2004 roku biskupstwo, nawiązuje do tradycji piastowskiego Księstwa Świdnicko-Jaworskiego. Od pewnego czasu coraz energiczniej zabiega o swą pozycję na mapie muzycznej kraju. Mózgiem tej kampanii jest Jan Tomasz Adamus, cieszący się wsparciem miejscowych osobistości oraz instytucji i urzędów - kościelnych, samorządowych i parlamentarnych.
Festiwal Bachowski można zorganizować gdziekolwiek. Jan Tomasz Adamus wymienia kilka oczywistych po temu powodów: "Bo muzyka Bacha jest piękna, wielka, trwała". Zaraz jednak dodaje - "jak zręby świątyń, w których słucha się jej w Świdnicy, jak zdobiące je rzeźby i obrazy. Bo próbuje sięgnąć Boga, jak strzelista wieża świdnickiej Katedry. Bo granie i słuchanie jej tworzy tutaj jedyną i niepowtarzalna atmosferę." Świdnica, miasto niezwykłe, ma rzeczywiście wyjątkowe atuty. Przede wszystkim drewniany, odznaczający się osobliwą akustyką Kościół Pokoju - barokowy zabytek, wpisany do rejestru światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Ogromem i bogactwem wystroju oszałamia też gotycka katedra.
Jest jeszcze jeden pretekst - historyczny. W roku 1729 kantorem i organistą Kościoła Pokoju w Świdnicy miał zostać Christoph Gottlob Wecker, uczeń Bacha, który zwrócił się do mistrza o list polecający, prosząc go jednocześnie o nuty pasji (prawdopodobnie Pasji według św. Mateusza). Czy ją wykonał - nie wiadomo. Z całą pewnością natomiast wykonywano tam muzykę Bacha przez cały wiek XIX. Po II wojnie światowej przez wiele lat nikt do tej tradycji nie sięgał. Odwołano się do niej w ramach kolejnych Festiwali Bachowskich, które zyskały już rangę wydarzenia artystycznego o zasięgu międzynarodowym.
Tegoroczny festiwal był tego dobitnym świadectwem. Poprzedzony pełną rozmachu i pomysłową kampanią reklamową (anonse prasowe - także w "Ruchu Muzycznym", billboardy, portale internetowe, internetowy konkurs na festiwalowe hasło na nalepki, z najpopularniejszym "Bach jest O.K.") gromadził na koncertach zaskakująco liczną publiczność.
| |  | | | | MICHAEL CHANCE, EMMA KIRKBY, CHARLES DANIELS i PETER HARVEY w Kościele Pokoju w Świdnicy | | Trudno się dziwić - skoro już na koncercie inauguracyjnym pojawili się Emma Kirkby, Michael Chance, Charles Daniels, Peter Harvey i The Purcell Quartet, a na kolejnych artyści współpracujący z Chiarą Banchini, Gustavem Leonhardem, Sigiswaldem Kuijkenem, młodzi muzycy legitymujący się dyplomami renomowanych europejskich uczelni, w programach zaś widniały Bachowskie kantaty, toccaty, suity wiolonczelowe i Kunst der Fuge oraz trzyaktowa opera Händla Rodelinda. W takim towarzystwie nawet mniej znani wykonawcy i zapoznane dzieła niosły obietnicę frapującej przygody.
Tegoroczny festiwal miał podtytuł "Bach & Belcanto". To z pewnością festiwal autorski, ale Adamus nie forsuje z góry założonej koncepcji. Dzieląc się własnym oczarowaniem "pięknym śpiewem" - zdobyczą włoskiego baroku - jakby przy okazji ukazuje jego przemożny wpływ na całą ówczesną muzykę i jej funkcję społeczną. Nie ma tu nachalnej dydaktyki ani mentorskich dywagacji, są natomiast zwięzłe informacje, celne uwagi i dyskretny, niezobowiązujący dialog ze słuchaczem.
Koncert inauguracyjny w Kościele Pokoju był przede wszystkim świadectwem kunsztu wykonawczego artystów brytyjskich oraz hołdem złożonym twórcom niemieckiej barokowej kantaty kościelnej - Bachowi i jego wielkiemu poprzednikowi Buxtehudemu, w trzechsetna rocznicę śmierci. Podobno Włosi zżymają się, gdy Brytyjczyków stawia się za wzór wykonawstwa wokalnej muzyki barokowej. Głos Emmy Kirkby trudno byłoby uznać za ideał belcanta, choć jest swoistym cudem natury, który wciąż fascynuje niezwykłą barwą, iście dziewczęcą świeżością, a przede wszystkim niezrównaną techniką, umiarem i kulturą artystyczną. Trudno się nie zachwycić urzekającym brzmieniem altu Michaela Chance'a, nie sposób odmówić szlachetności emisji tenorowi Charlesa Danielsa i basowi Petera Harveya. W kantatach kościelnych Bacha i Buxtehudego liczy się zresztą nie tyle sam głos, ile - powtórzę za Adamusem - założenia i zdobycze techniczne belcanta.
Śpiew Brytyjczyków był w idealnej zgodzie z uduchowionym tonem modlitwy - ujmujący prostotą w chorałach, bardziej powściągliwy i surowy w solowych kantatach Buxtehudego (Jesu, Meine Freud und Lust, Quemadmodum, Alles, was ihr tut), bogatszy muzycznie i pełen żaru we wczesnych kantatach Bacha (Gleich wie der Regen und Schnee, Christ lag in Todesbanden, Nun komm, der heiden Heiland), rozkwitał w kunsztownych jubilacjach. Nieduży zespół - czworo wokalistów i sześcioro instrumentalistów (skrzypce, altówki, wiolonczela i organy) - usytuowany na chórze, wypełnił przestrzeń świątyni muzyką doskonale wpisującą się w jej niezwykłe otoczenie estetyczne i sakralne. Oczywiście, doznania muzyczne byłyby jeszcze ciekawsze, gdyby w obsadzie kantat Bacha znalazły się przewidziane przez kompozytora instrumenty dęte: flety, cynk, puzony...
W całkiem odmienny świat popisowej wirtuozerii instrumentalnej przeniósł nas recital Marka Toporowskiego w niewielkim i dość skromnym, ciekawym jednak akustycznie barokowo-klasycystycznym kościele św. Krzyża. Artysta wykonał komplet toccat klawesynowych Bacha, rzadko grywanych, a przecież zawierających olbrzymie bogactwo pomysłów fakturalnych i konstrukcyjnych, efektownych figuracji, zaskakujących zmian agogicznych, dynamicznych i kolorystycznych. Wyborna, plastyczna, barwna i pełna blasku gra Toporowskiego dała asumpt do "miłej zabawy" w testowanie "wrażliwości naszych uszu" i rozpoznawanie odmienności charakterów siedmiu tonacji Bachowskich toccat. Komicznym jej dopełnieniem, z zachwytem przyjętym przez publiczność, stała się wykonana na bis organowa Toccata d-moll, którą z powodu defektu instrumentu Toporowski musiał dokończyć na klawesynie...
Miejscem dwóch kolejnych koncertów, 24 i 25 lipca, była katedra świdnicka. O ile jednak pierwszy, chóralny - z wykorzystaniem bocznej empory na tzw. Chórze Mieszczan oraz, smutnym zrządzeniem losu, z nader stosownym na dni żałoby narodowej programem (Messe de Requiem Pierre'a Tabarta i motet Lobet den Herrn, alle Heiden Bacha) - okazał się przysłowiowym "strzałem w dziesiątkę", o tyle drugi - recital wiolonczelowy Teresy Kamińskiej (I i IV Suita Bacha) - pozostawił niedosyt z powodu niedogodności akustycznych. A szkoda. Grę czołowej polskiej wiolonczelistki barokowej znamionuje szeroka skala środków, giętkość frazy, subtelność artykulacyjna i dynamiczna. W jej interpretacji Suit, prócz naturalności i bezpretensjonalności, można dostrzec nowy rys pogłębionej refleksji, tymczasem większość jej wypowiedzi muzycznej (zwłaszcza w niskich dźwiękach) nikła i gubiła się w olbrzymiej przestrzeni katedry.
| |  | | | | Kościół Pokoju - podczas koncertu | | Nazwisko Tabarta (1645-1716), francuskiego kapelmistrza z prowincjonalnego Meaux, do niedawna nie figurowało w żadnej encyklopedii ani podręczniku historii muzyki. Jego Messe de Requiem to muzyka tkwiąca brzmieniowo jeszcze w dawnym stylu (choć z organowym continuo), napisana wszakże z talentem, wysmakowana i ciekawa fakturalnie. Całkiem dobrze poradził sobie z niełatwym zadaniem - także w kunsztownej polifonii Bacha - "okolicznościowy", ale wytrawny dziesięcioosobowy Chór Festiwalowy "Cantus Polonicus" (wywodzący się z Zielonej Góry), kierowany od organów przez Yves'a Bilgera, z udziałem tenora Nicolasa Savoya, pięknie i stylowo intonującego chorałowe incipity mszalne. Doznaniom czysto muzycznym towarzyszyło zarazem (już po raz drugi na tym Festiwalu) poczucie idealnego współgrania muzyki z miejscem, swoisty genius loci - dzięki trafnemu wykorzystaniu przepięknej zabytkowej empory Chóru Mieszczan we właściwej funkcji.
Jednym z "odkryć" dyrektora Festiwalu jest stary wiejski kościółek pod wezwaniem św. Katarzyny, o cudownej akustyce, ukryty w pobliskich Makowicach, dokąd Adamus już od dwóch lat zaprasza słuchaczy. W tym roku zorganizował tu najpierw spotkanie z teorbistą Julianem Behrem, który w nienagannym stylu wykonał transkrypcję I Suity wiolonczelowej C-dur Bacha oraz utwory Roberta de Visée. Drugi wieczór wypełniła Kunst der Fuge Bacha w wersji na kwartet barokowych instrumentów smyczkowych (Enrico Gatti i Rosella Croce - skrzypce, Joanna Huszcza - altówka, Jakub Kościukiewicz - wiolonczela). Nie wypada mi go oceniać, ograniczę się zatem do stwierdzenia, że Gatti, wytrawny znawca muzyki baroku, dokonał wyboru z całości (trzynaście fug, z ostatnią zakończoną na tonice ostatniego przeprowadzenia), zamykając je chorałem Vor deinen Tron tret ich hiermit, proponując interpretację wierną, "czystą" i obiektywną. Publiczność wysłuchawszy wstrząsającego Bachowskiego "testamentu" (i wyprosiwszy dwa bisy) opuszczała kościół w milczeniu.
I wreszcie wielki finał - Rodelinda Händla, znów w Kościele Pokoju. Do wykonania tej wielkiej, trzyaktowej opery Adamus zaangażował doborową i sprawdzoną stawkę solistów, a w orkiestrze - "Harmonologii" - z Alberto Stevaninem przy pierwszym pulpicie, Markiem Toporowskim, Julianem Behrem i Teresą Kamińską w basso continuo, nie zabrakło chyba żadnego z niezbędnych instrumentów z fletami prostymi i traverso, obojami, fagotem i rogami bezwentylowymi włącznie. Wersja - oficjalnie - koncertowa miała w istocie charakter półsceniczny. Scenę zastąpiły podesty rozmieszczone wokół orkiestry, a brak rekwizytów zrekompensowały efektowne stroje oraz maski, fryzury i makijaż, namiastkę akcji scenicznej dały zaś spektakularne wejścia, wyjścia i sugestywna gestykulacja protagonistów. Niewiele to co prawda pomogło w rozwikłaniu i śledzeniu niezmiernie zawiłej, wielowątkowej treści - mimo że skrupulatnie została wyłożona w programie... Na szczęście pełne wyrazu arie i ansamble mają tu najistotniejsze znaczenie. A wszyscy wykonawcy spisali się znakomicie!
Adamus, zawsze powściągliwy w emocjach i oszczędny w gestach, pozwolił się rozpętać żywiołom Händlowskiej muzyki - z całym jej rozmachem, dynamiką, wyrafinowaniem i namiętnością - zachowując przy tym pełną kontrolę i utrzymując dyscyplinę. Jak zwykle zachwycała lekkością i czarowała mezza voce Marzena Lubaszka (Rodelinda), nienaganna Joanna Dobrakowska (Eduige) ujmowała pięknym frazowaniem i szlachetnością brzmienia, także Sylwia Złotkowska (Unulfo) w niejednym mogła się podobać. Prawdziwą rewelacją okazała się Ewa Marciniec (Bertarido). Od pierwszego wejścia, niczym historyczny Senesino, przykuła uwagę kreowaną postacią, temperamentem, energią oraz wspaniałym, mocnym i wyrównanym w całej skali altem. Z każdą frazą muzyka zdawała się uderzać mocniejszym tętnem, a temperatura emocji rosła. Jej duet z Marzeną Lubaszką "Io t'abbraccio" musiał być bisowany. Nie mniejsze wrażenie zrobił Krystian Krzeszowiak (Grimoaldo), tenor o pięknej, wyrównanej barwie, fantastycznych możliwościach i bardzo już wysokich umiejętnościach. Również Jacek Ziomkowski (Garibaldi) potwierdził znane walory swego basu, atuty muzyczne i aktorskie, w tym vis comica. Tytułowe "Belcanto" z całą pewnością znalazło tego wieczoru swe najpełniejsze urzeczywistnienie. Jeśli nawet nie wszyscy uznali, że XVIII-wieczne arie operowe przypominają dzisiejsze "fajne kawałki" muzyki pop, to z pewnością dali się przekonać do innego waloru niegdysiejszych obyczajów operowych - organizatorzy zapraszali w antraktach do suto zastawionych stołów...
Trzeba jeszcze wspomnieć o towarzyszącym Festiwalowi kursie wykonawczym, wokalnym i instrumentalnym, uwieńczonym koncertem w auli Szkoły Muzycznej; o nabożeństwie kantatowym w Kościele Pokoju z udziałem artystów Festiwalu i uczestników kursu; o trwającej przed Festiwalem, w trakcie i po Festiwalu - gorącej dyskusji na forum internetowym.
Z całym przekonaniem powtarzam opinię młodych internautów: Bach jest O.K.! | | | KAZIMIERZ KOŚCIUKIEWICZ | |
|
|
|