|
|
|
|
|
|
 | Zapomniana opera Papy Simona |
| Teatr Wielki w Poznaniu | | |  | | | | Piotr Friebe (Olinto), Monika Mych (Cleonice), Amaya Dominguez (Alceste), Fot. Marek Grotowski | | Johann Simon Mayr (1763-1845) był na przełomie XVIII i XIX wieku jednym z najpopularniejszych kompozytorów operowych Europy. Rossini radził kolegom po fachu, by studiowali dzieła Papy Simona, bo znajdą w nich "wszystko, czego szukają i co może im się przydać". Nazywa się go czasem "niemieckim ojcem opery włoskiej" - bogaty dorobek Mayra wywarł wpływ na twórczość następnych pokoleń, a jego gwiazda najjaśniej świeciła w północnych Włoszech. Goethe pisał do Carla Friedricha Zeltera o wielkim powodzeniu opery Elena, na którą "niektórzy podróżowali do Mediolanu i po czterdzieści razy". Pod wrażeniem obejrzanej w Mediolanie Lodoďski Napoleon zaproponował Mayrowi stanowisko nadwornego kapelmistrza. Posady oferowały mu opery w Lizbonie, Petersburgu, Londynie, Wiedniu i Dreźnie. Mayr - Bawarczyk z urodzenia, Lombardczyk z wyboru, mieszkający we Włoszech od 1787 roku - nie skorzystał jednak z intratnych propozycji. Od 1803 aż do śmierci piastował stanowisko kapelmistrza w bazylice Santa Maria Maggiore w Bergamo. Jego ostatnia opera, Demetrio, miała prapremierę 27 grudnia 1823 roku w Turynie. Już wtedy sława sceniczna Mayra była przebrzmiała, a jego styl odbierano jako staromodny. Przez ostatnie dwadzieścia lat życia komponował przeważnie dzieła religijne.
Jego twórczość na długie lata popadła w zapomnienie. Pozostała skromna sława nauczyciela i odkrywcy talentu Donizettiego, który uczęszczał na prowadzone przezeń w Bergamo darmowe kursy muzyczne.
W roku 1963, z okazji dwusetnej rocznicy urodzin Mayra, zaczęto interesować się jego dorobkiem, wkrótce potem pojawiły się pierwsze nagrania, a w 1995 roku powstało Międzynarodowe Towarzystwo im. Simona Mayra z siedzibą w Ingolstadt, gdzie kompozytor w młodości studiował i pracował jako organista. Od roku 2005 Towarzystwo wraz z wydawnictwem Ricordi pracuje nad edycją historyczno-krytyczną jego dzieł. Jest co wydawać - zostawił po sobie ponad sześćdziesiąt oper, około sześciuset dzieł sakralnych i sporo muzyki kameralnej. Dzięki dostępności materiałów nutowych doszło ostatnio do kilku wykonań jego oper: Medei w Koryncie w Bayerische Staatsoper w Monachium (reż. Hans Neuenfels, dyr. Ivor Bolton) i w St. Gallen, Fedry w Brunszwiku, Ulissesa w Regensburgu i Lodoďski w Ingolstadt.
W Poznaniu wystawiono Demetria w ramach Roku Mężczyzn. Inscenizacja powstała w koprodukcji z Teatro Argentino de La Plata w Buenos Aires, Teatrem Morawsko-Śląskim w Ostrawie oraz operowymi scenami Szwajcarii i Francji. Spektakl wyreżyserowała Natalia Babińska, kierownictwo muzyczne objął działający w Europie argentyński dyrygent Facundo Agudin, który należy do zespołu badawczego zajmującego się rozpowszechnianiem dorobku Mayra.
Libretto Demetria opracował hrabia Lodovico Piossasco Feys, który wiernie zaadaptował dzieło samego Homera Północy, Metastasia. Przed Mayrem tekst ten posłużył za kanwę blisko sześćdziesięciu dzieł muzycznych. Zgodnie z duchem metastazjańskim napięcie dramatyczne wynika z konfliktu rozumu i namiętności, jaki rozgrywa się w duszach bohaterów i prowadzi do ich przemiany. To, co najistotniejsze, dzieje się zatem "poza spojrzeniem".
Królowa Syrii Cleonice musi podjąć decyzję o zamążpójściu, kierując się racją stanu i dobrem poddanych. Serce jednak podpowiada jej kandydata niższego stanem - pasterza Alceste, którego darzy głęboką miłością. Do ręki królowej pretenduje również Olinto, szlachetnie urodzony syn jej wieloletniego doradcy Fenicia. Po wielu wahaniach Cleonice z powodzeniem przechodzi bolesną próbę charakteru - jest gotowa dla dobra królestwa zrezygnować z własnego szczęścia i poślubić Fenicia. Na koniec, jak to u Metastasia, prawdziwa miłość zwycięża. Pasterz Alceste okazuje się synem poprzedniego króla Syrii, tytułowego Demetriusza, któremu tron odebrał ojciec Cleonice, zatem prawowitym następcą tronu i godnym kandydatem do ręki ukochanej.
W Demetriu Mayr obszedł się dość swobodnie z tradycją opera seria, a dzieło sprawia wrażenie eklektycznego. Są tu reminiscencje stylistyczne muzyki Mozarta, Haydna i Glucka, zapowiedź romantyzmu i obietnica belcanta w wydaniu Donizettiego. Mayr stawia wysokie wymagania śpiewakom - canto fiorito przeplata się z gluckowskimi deklamacjami dramatycznymi z towarzyszeniem orkiestry. Szlachetnością wyróżniają się duety - Olinto i Cleonice, ze zdobioną melodią w części środkowej, oraz Olinto i Alceste, z finezyjnym wykorzystaniem najprostszych środków.
Twórczość Mayra jest niczym zawias łączący stare i nowe: późnobarokowe i klasycystyczne modele opery z romantycznym melodramatem. Jego muzyka przechyla się to w stronę wirtuozerii wokalnej, to romantycznej nastrojowości. Użycie środków muzycznych jest podporządkowane ekspresji uczuć bohaterów. Inwencja kompozytora przejawia się przede wszystkim w strukturze dzieła i w niuansach instrumentacji.
Niestety, poznańskiej realizacji Demetria nie sposób nazwać udaną. Facundo Agudin nie wnika głębiej w materię dzieła i nie uwypukla jego różnorodności stylistycznej. Gra orkiestry jest monotonna i pozbawiona precyzji, brakuje jej również płynności, przez co giną kunsztowne niuanse konstrukcyjne partytury. Szczególnie boleśnie daje się to odczuć w recytatywach. W secco towarzyszy śpiewakom... nagłośnione pianino. W accompagnato, gdzie Mayr wykorzystuje kolorystyczne możliwości orkiestry i wzmacnia nimi afekty, cały ciężar interpretacji spoczywa w omawianym wykonaniu na śpiewakach.
Ascetyczna scenografia Ludwika Skały (znanego dotąd jako Luigi Scoglio) nawiązuje do krajobrazu pustyni. Jej centralnym elementem jest kamienny tron. Za nim - oprócz okazałej draperii - umieszczono ekran, na którym wyświetla się projekcje (słońce, księżyc, palmy). Zmienne elementy umocowane pod sufitem to dwie huśtawki, drabinka i dodatkowe szarfy po bokach, zakreślające ramy wnętrz królewskich. Przestrzeń zmienia charakter przede wszystkim za sprawą gry świateł (Marek Rydian) i projekcji. Taka nastrojowość współgrałaby nieźle z metastazjańskim, duchem opery, skoncentrowanej na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, gdyby realizatorzy zadbali o spójność wszystkich elementów przedstawienia. Tymczasem stroje Cleonice, Alcesta i Olinta są współczesne i nijakie. Królowa ma na sobie tandetnie połyskującą garsonkę, konkurenci do jej ręki - znoszone garnitury. W takim "opakowaniu" hieratyczne gesty i statyczne pozy śpiewaków wyglądają wręcz groteskowo. Z wyglądem głównych bohaterów kontrastuje też zachowanie ich tanecznych alter ego - trojga "nagich" tancerzy (choreografia Iwona Pasińska), którzy zastygają w pozach antycznych posągów.
Na szczęście słychać, że w Mayra uwierzyli śpiewacy. Monika Mych jako Cleonice przedstawia interpretację wycieniowaną emocjonalnie i szlachetną pod względem wokalnym. Amaya Dominguez w napisanej dla kastrata roli Alceste budzi podziw sprawnością koloraturową, zostawia jednak pewien niedosyt pod względem wyrazistości emocjonalnej. Natalia Puczniewska (Barsene) kształtuje intensywnie swoją niewielką rolę - pojawia się na scenie niczym powiew świeżości. Również Piotr Friebe w roli zazdrosnego Olinto, Jerzy Mechliński jako Fenicio i Matteo Mezzaro jako Mitrane stawiają w swoich interpretacjach na ekspresję uczuć. Wysiłki śpiewaków nie łączą się jednak w całość, nie czuje się przepływu emocji między bohaterami, którzy przywodzą na myśl zwrócone w przeciwne strony fotografie. Chór męski śpiewa sprawnie, ale beznamiętnie.
Znów powraca pytanie: czy w ogóle warto odkurzać zapomniane dzieła? Przeciwnicy operowej "archeologii" (należy do nich m.in. Gérard Mortier) uważają, że nie ma oper zapomnianych niesłusznie. Jako muzyczni darwiniści są zdania, że jeśli dzieło jest tego warte, z pewnością samo wygra walkę o miejsce w repertuarze. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana - nie wolno zapominać o roli okoliczności - sprzyjających, bądź nie. Wystarczy wspomnieć przypadek oper Heinricha Schütza, zniszczonych w pożarze - w 1760 roku Fryderyk Wielki wydał w czasie wojny siedmioletniej rozkaz spalenia archiwum nutowego dworu saskiego, a kierowała nim zazdrość o poziom drezdeńskiej Opery.
Pytanie "czy warto" trzeba więc zadawać za każdym razem, najczęściej już po fakcie, kiedy dojdzie do premiery. Po poznańskim Demetrio odpowiedź byłaby przecząca, ale chyba jednak krzywdząca. Po wykonaniach dzieł Mayra w Niemczech i ostatnich nagraniach krytycy podkreślali, że mogłyby one wejść do stałego repertuaru, o ile znajdą się wykonawcy na odpowiednim poziomie. W przeciwnym razie dzieła te brzmią karykaturalnie. Najsłynniejsza opera Mayra, Medea w Koryncie, była w pierwszej połowie XIX wieku domeną diw operowych - jak Giuditta Pasta albo Isabella Colbran - oraz tenorów, którzy szczycili się nieskazitelnym passagio między rejestrem piersiowym a głowowym (Manuel García, Andrea Nozzari, Giovanni Battista Rubini, Gilbert-Louis Duprez). Nie inaczej ma się sprawa z orkiestrą - Mayr traktował ją po wirtuozowsku. Żeby uchwycić specyfikę i urok dzieła dokumentującego jeden z granicznych momentów w historii opery, trzeba świadomej historycznie interpretacji muzycznej i teatralnej, spojrzenia na dzieło świeżym okiem, od strony poprzedzających je stylów - nie ze znudzeniem następców, którzy wszystko już słyszeli, tyle że w "lepszym" wydaniu.
Demetrio nie należy do najbardziej udanych oper Mayra. O wiele ciekawsze i bardziej pouczające byłoby usłyszeć w Poznaniu słynną Medeę w Koryncie czy Lodoďskę. Lecz Demetrio i tak ma swoje smaczki, poza tym jest kwintesencją stylu kompozytora. Niestety - słuchacze, którzy zetknęli się z twórczością Mayra po raz pierwszy w Poznaniu, nie będą mieli o niej dobrego zdania.
Johann Simon Mayr Demetrio. Kierownictwo muzyczne: Facundo Agudin, reżyseria: Natalia Babińska, dekoracje: Ludwik Skała. Premiera 10 marca w Teatrze Wielkim w Poznaniu.
| | | BEATA KORNATOWSKA | |
|
|
|