|
|
|
|
|
|
 | Gwiazd gromada otwarta |
| 44 Międzynarodowy Festiwal "Wratislavia Cantans" | Tym razem zacznę od końca. Kilka godzin przed moim powrotem do Warszawy przycupnęliśmy z Rafałem Augustynem na murku przy kościele św. Marii Magdaleny, żeby odpowiedzieć na pytania Izabelli Starzec. Po co ten festiwal? Dla kogo? Na jaki temat? Co się podobało? Co dalej z tak pięknie rozpoczętą współpracą?
I przy tej właśnie okazji wyszło na jaw, że inne oczekiwania wobec "Wratislavii" mają przedstawiciele wrocławskiego środowiska muzycznego, inne krytycy spoza Wrocławia, inne tak zwani decydenci, a jeszcze inne - last but not least - "zwykli" melomani. Pytanie o ciągłość koncepcji Andrzeja Markowskiego staje się powoli bezprzedmiotowe. Festiwal nigdy nie był jedyną na świecie imprezą oratoryjno-kantatową, jak wielokrotnie próbowano go przedstawiać, a słynna "inwokacja" Markowskiego z 1967 roku służyła przede wszystkim zamydleniu oczu ówczesnych władz, dzięki czemu udało się upiec co najmniej dwie pieczenie przy jednym ogniu: wprowadzić w obieg dzieła muzyki religijnej i wpuścić tylnymi drzwiami muzykę współczesną. Udało się, co na owe czasy było sukcesem wręcz niewyobrażalnym. Czasy były jednak inne i wbrew opinii niektórych dzisiejszych komentatorów programy pierwszych "Wratislavii" wyglądałyby dość groteskowo na tle planów repertuarowych dzisiejszych "wielkich" festiwali. Potem działo się sporo: czasem lepiej, czasem gorzej, przeważnie jednak gorzej, dlatego też tandem McCreesh-Kosendiak przyjęto w mieście z szeroko otwartymi ramionami.
| |  | | | | Wykonanie Teodory Händla; w centrum zdjęcia RENATA POKUPIĆ i PAUL MCCREESH, Fot. © "Wratislavia Cantans" | | Tutejsze środowisko, pomne na katastrofalne nieraz wybory poprzednich dyrekcji artystycznych, obrało jednak dość dziwną strategię, stosowaną z reguły wobec szacownych nieboszczyków. O "mężach opatrznościowych", którzy niewątpliwie ocalili dobre imię "Wratislavii", można tylko dobrze albo wcale. Tymczasem zarówno Paul McCreesh, jak Andrzej Kosendiak są żywi, pełni energii, tryskają pomysłami i z pewnością nie zasłużyli na taryfę ulgową. W trzecim roku ich wspólnej działalności warto byłoby się już pokusić o surowsze podsumowanie ogólnej koncepcji. Jest wszakże pewien szkopuł...
Otóż nadszedł kryzys, który dziwnym trafem ominął kilka instytucji i przedsięwzięć muzycznych, ale większość dotknął tak mocno, że nie obyło się bez istotnych wyrzeczeń. Zamiast szyć frak z materiału przeznaczonego najwyżej na kamizelkę, organizatorzy "Wratislavii" potężnie okroili program, ograniczając się do zaledwie jednego koncertu dziennie, za to w ciągu ponad dwóch tygodni. Podeszli jednak do sprawy "po amerykańsku", czyli próbując wszystkich przekonać, że tak właśnie będzie najlepiej i że okoliczności mimochodem przyczyniły się dla dobra festiwalu. Czy rzeczywiście?
I tu dochodzimy do kwestii poruszonej wyżej. Zapracowany meloman wrocławski z pewnością woli przejść się na jeden koncert, niż biegać z miejsca na miejsce i zarywać kolejną noc - zwłaszcza że imprezy wieczorne zaczynały się zwykle z co najmniej półgodzinnym opóźnieniem. Gorzej mają przyjezdni, którzy nie poświęcą szesnastu dni urlopu, żeby wysłuchać wszystkich punktów programu. A nie jest to przecież "impreza zdrojowa", tylko poważny festiwal na miarę europejską i fachowcy z pewnością woleliby oceniać go w całości. Wynika stąd kolejna wątpliwość - mnóstwo koncertów poza Wrocławiem, co gorsza, w tych samych godzinach, co wrocławskie. Ogromna korzyść dla mieszkańców prowincji, żal wielki dla melomanów, którzy musieli wybierać na przykład między Olgą Pasiecznik a Kronos Quartet. Na domiar bez samochodu ani rusz, bo festiwalu nie stać na zorganizowanie własnego transportu. Najistotniejsze pytanie dotyczy jednak linii programowej.
Bo "Wratislavia Cantans" nie jest w tej chwili ani festiwalem muzyki oratoryjno-kantatowej, ani festiwalem muzyki dawnej, ani też współczesnej. Zachowuje wprawdzie dość konsekwentnie profil wokalno-instrumentalny (choć trafiają się odstępstwa - choćby wspomniane już występy Kronos Quartet), trudno się jednak dopatrzyć wyraźniejszych powiązań między utworami, wspólnego mianownika estetycznego bądź znamion imprezy o charakterze edukacyjnym. W tym roku "Wratislavia" - tocząca się leniwym rytmem w przepięknych, letnich "okolicznościach przyrody" - była przede wszystkim sparringiem gwiazd światowego formatu z miejscowym aparatem wykonawczym.
Nie wiem, jak wypadł finał, wiem natomiast, że inauguracja - podobnie jak w zeszłym roku - okazała się w pełni godna wieloletniej tradycji festiwalu. Zwłaszcza że organizatorzy poświęcili ten koncert pamięci Andrzeja Markowskiego. W monumentalnej II Symfonii Mahlera (Hans von Bülow orzekł, że w porównaniu z pierwszą tylko częścią Tristan Wagnera wydaje się lekki jak symfonia Haydna) usłyszeliśmy chór i orkiestrę Filharmonii Wrocławskiej oraz Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej pod batutą Jacka Kaspszyka. W partiach solowych wystąpiły Iwona Sobotka (sopran) i Dubravka Muović (alt). Z przyjemnością stwierdzam, że zespoły pod czułą, choć rozwichrzoną batutą szefa ogarnęły z powodzeniem zawiłości potężnej partytury. Na szczególne komplementy zasłużyła sekcja dęta - nie dość, że udało się uniknąć zwyczajowych w polskich orkiestrach kiksów, to jeszcze osiągnąć piękną, soczystą barwę i precyzję karkołomnych figur. Jeśli coś mnie w tej interpretacji nie przekonało, to tylko zbyt skontrastowane tempa. Kaspszyk zdecydowanie rozciągał części wolne, nadganiając narrację w odcinkach szybkich - moim zdaniem kosztem misternej konstrukcji, która ucierpiała zwłaszcza w Allegro maestoso. Niewykluczone jednak, że wykonawcy "szukali się" jeszcze w przepastnej akustyce katedry św. Marii Magdaleny, która jest wnętrzem trudnym i pozwala na w miarę selektywny odbiór jedynie w przednich rzędach nawy. Prawdziwym objawieniem był występ serbskiej śpiewaczki, obdarzonej gęstym, ciemnym, bogatym w alikwoty głosem, którym operuje po mistrzowsku, w idealnie wyrównanych rejestrach. Gdyby jeszcze zdołała się powstrzymać od pretensjonalnej operowej gestykulacji... To jednak drobiazg, w przeciwieństwie do nieznośnej maniery Sobotki, której rozwibrowany sopran jest owszem, urodziwy, ale bardzo nieprecyzyjny, przez co długie, wyłaniające się z masy zespołowego brzmienia frazy boleśnie straciły na wyrazistości. W sumie jednak wykonanie bardzo sugestywne, w pełni przemyślane, na równym, europejskim poziomie. Piękny akcent na początek.
| |  | | | | JACEK KASPSZYK, z lewej koncertmistrz RADOSŁAW PUJANEK , Fot. © "Wratislavia Cantans" | | Tym bardziej mnie rozczarowały dwa gwiazdorskie występy Andreasa Scholla w Sali Wielkiej Ratusza. To artysta obdarzony anielskim głosem i niezrównaną techniką. Zaśpiewałby pięknie, nawet gdyby powiesić go głową w dół i odrobinę poddusić. Co zresztą udowodnił, przyjechał bowiem do Wrocławia z paskudną infekcją, którą umiejętnie ukrył przed słuchaczami. Niestety, nie dało się ukryć (przynajmniej przede mną), że jako interpretator ma już zdecydowanie mniej do powiedzenia. Pierwszego wieczoru przedstawił program "płytowy", złożony z utworów ostatniego minnesingera Oswalda von Wolkensteina. Wbrew temu, co mówił w rozmowie z Bartoszem Kamińskim (nr 18/2009), jest to muzyka lekka, łatwa i przyjemna, w każdym razie dla śpiewaka otrzaskanego z tym repertuarem. Scholl otrzaskany z nim nie jest, ograniczył się więc do zaprezentowania nieziemskich, przyznaję, walorów głosowych. Do tej twórczości trzeba znaleźć klucz - jej atutem są przede wszystkim teksty (we Wrocławiu podawane zgodnie z zasadami fonetyki współczesnej niemczyzny, czego ofiarą padły nawet rymy!), pisane przez niepoprawnego łajdusa z dużą skłonnością do konfabulacji. W dodatku grubego, brzydkiego i ślepego na jedno oko. Całe szczęście, że Scholl przynajmniej słynne Durch Barbarei zaśpiewał barytonem - pozostałe utwory, wykonane jasnym, aksamitnym kontratenorem, okazały się całkiem nieprzekonujące. Odrzucam argument, że w słynnym nagraniu Studia Muzyki Dawnej też uczestniczył kontratenor. Po pierwsze, było to czterdzieści lat temu, po drugie Richard Levitt dysponuje chłopskim, chropawym falsetem, który w tych pieśniach broni się całkiem nieźle. W Ratuszu obronił się natomiast zespół Shield of Harmony pod kierunkiem lutnisty Crawforda Younga. Akompaniował artyście wirtuozowsko, choć bardzo dyskretnie, w niektórych utworach wyraźnie go wspierał (choćby przepięknym sopranem harfistki Kathleen Dineen w duetach), znalazł też cudowny sposób na podtrzymanie uwagi audytorium. Zmora melomanów - czyli strojenie instrumentów w przerwach - przeistoczyła się w ich wykonaniu we wzorcowy pokaz średniowiecznej improwizacji. Wspaniały pomysł, bardzo stylowe granie.
Dwa dni później - zamiast spodziewanych utworów ze zbioru Musicall Banquet - usłyszeliśmy koncert przebojów, czyli stare ballady szkockie i angielskie oraz pieśni, m.in. Johna Dowlanda. Wcale się nie dziwię, że niedysponowany śpiewak zdecydował się na "samograj", ale zdumiewa mnie, że jedynym twórcą tych interpretacji okazał się lutnista Edin Karamazov. Skąd taka konkluzja? Ano z porównań z osławioną płytą Stinga, który w pieśniach Dowlanda stosował te same tempa, dynamikę i chwyty retoryczne, co Scholl - z czego wniosek, że obydwaj podporządkowali się koncepcji akompaniatora. Skądinąd wspaniały to muzyk - grający brawurowo, na granicy szarży, czasem nawet ją przekraczając (olśniewające wykonania utworów ze Straloch Manuscript), zawsze jednak stylowo.
Bo stylowość niejedno ma imię, o czym przekonaliśmy się przy okazji szumnie zapowiadanego "pojedynku mistrzów", czyli dwóch oratoriów Händla pod batutami Johna Eliota Gardinera i Paula McCreesha. Trudno jednak porównywać niedramatycznego, obfitującego w potężne partie chóralne Izraela w Egipcie (Monteverdi Choir i English Baroque Soloists z Gardinerem) z dramatyczną, rozbudowaną, pokrewną operze włoskiej Teodorą (Gabrieli Consort & Players pod McCreeshem). Jeśli natomiast obiektywnie porównać wykonania, starcie tytanów zakończyło się w pełni zasłużonym remisem. Obydwaj dyrygenci obronili we Wrocławiu swoje credo artystyczne. Gardiner po raz kolejny pokazał, że współpracujący z nim muzycy stanowią jednorodny organizm, podporządkowany bez reszty głęboko intelektualnej, retorycznej wizji prowadzącego. I znów nie obyło się bez skojarzeń czysto malarskich, bo też Gardiner kształtuje frazy jakby pociągnięciami pędzla, różnicując je barwowo, agogicznie i dynamicznie z tak niewiarygodną precyzją, że słuchaczom aż dech zapiera w piersi. Piękno poszczególnych głosów i brzmienia instrumentów bywa dyskusyjne, w wykonaniu nie ma jednak miejsca na choćby najdrobniejszą usterkę.
Inaczej sprawy się mają z McCreeshem, który puszcza muzyków na szerokie wody, daje im pole do indywidualnego popisu, pozwala współtworzyć, dialogować, wciąż od nowa kształtować nastroje. Orkiestra gra z takim rozmachem, że drobne kiksy tracą na znaczeniu wobec potęgi i gęstości faktury. Chór śpiewa ciemną, dojrzałą barwą, co nie odbywa się kosztem precyzji przebiegów. Każdy z solistów kreuje postać w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli kogoś - na przykład mnie - raziła belcantowa maniera odtwórczyni partii tytułowej (Renata Pokupić), rozczarowanie wynagrodziła mu z nawiązką Anna Stephany (Irena), obdarzona pięknym, iście "barokowym" mezzosopranem. Jeśli ktoś - na przykład ja - zraził się do wyszczekanych staccato fraz tenora Johna Marka Ainsleya (Septimus), pocieszył się po stokroć pięknym kontratenorem i przemyślaną, elegancką interpretacją Iestyna Daviesa (Didymus). Wysiedzieliśmy w twardych ławkach katedry polskokatolickiej prawie cztery godziny, żeby błagać o jeszcze. Marzy mi się, żeby Paul McCreesh co roku przedstawiał któreś z mniej znanych kompozycji wokalno-instrumentalnych Händla, niechby i w "pojedynku" z innymi mistrzami interpretacji. To akurat robi zachwycająco.
| |  | | | | EDIN KARAMAZOV, ANDREAS SCHOLL , Fot. © "Wratislavia Cantans" | | Na tym tle bardzo ciekawie wypadły propozycje gospodarzy. Orkiestra Leopoldinum pod energiczną batutą Ernsta Kovacica zdążyła się już dopracować całkiem nowego brzmienia i sprawności, które pozwoliły jej przedstawić piękny, wysmakowany program "wiedeński", złożony z utworów Zemlinsky'ego, Krzenka, Eislera, Schönberga i Gottfrieda von Einema. Gwiazdą, by nie rzec supernową tego koncertu okazała się Agata Zubel, która w Maiblumen Zemlinsky'ego, a zwłaszcza Die Nachtigall Krzenka popisała się ciepłą, jaskrawą koloraturą, prześlicznym piano i czułą, przemyślaną interpretacją. Mniej efektownie, ale równie sprawnie przebiegło wykonanie ośmiu Kammergesänge von Einema z drezdeńskim barytonem Henrykiem Böhmem. Gdyby zespół odrobinę dopracował niuanse dynamiczne, zebrałby gromkie oklaski na dowolnej estradzie po drugiej stronie Odry.
Chór Filharmonii Wrocławskiej pod dyrekcją Agnieszki Franków-Żelazny i Gabrieli Consort McCreesha, które wystąpiły wspólnie w Kościele Uniwersyteckim, zabrzmiały jak dwie niezależne sekcje tego samego zespołu. I nie jest to przytyk pod adresem Anglików, tylko komplement dla gospodarzy. W kuluarach pojawiły się wprawdzie głosy, że twórczość Łukaszewskiego wypadła blado w porównaniu z kompozycjami Elgara, Howellsa, Vaughana-Williamsa i Bairstowa. Coś w tym jest, wystarczy jednak zajrzeć do podręczników historii, żeby zrozumieć, skąd wzięła się przepaść między tradycją chóralną na Wyspach a jej wątłym odpowiednikiem w naszej części Europy. Jest szansa, żeby ją zniwelować w kosmopolitycznym XXI wieku.
Kolejny ambitny program zaprezentowała Wrocławska Orkiestra Barokowa pod batutą Jarosława Thiela z gościnnym udziałem Olgi Pasiecznik. W Filharmonii zabrzmiały utwory Mozarta (m.in. piekielnie trudna i rzadko wykonywana aria Bella mia fiamma, addio - Resta, oh cara KV 528) w sąsiedztwie dorobku "czeskich braci mniejszych" klasyków wiedeńskich: Rejchy, Myslivečka i Vořika. Jestem pełna podziwu dla wiedzy i zapału Thiela, zwłaszcza że jego muzycy nie czują się jeszcze swobodnie w proponowanym przezeń repertuarze. Bo w takich utworach, jak Symfonia Es-dur op. 41 Rejchy, trzeba wręcz dezynwoltury - w przeciwnym razie zwariowane pomysły rytmiczne kompozytora zrobią na słuchaczach wrażenie wpadek tekstowych.
Niewiele miejsca poświęcę występom słynnego Kronos Quartet, bo jego "shows" nie pasują nijak do żadnej z koncepcji "Wratislavii". A szkoda: zespół to wyśmienity - nawet już nie gwiazda, a galaktyka spiralna z poprzeczką - i naprawdę nie zawsze musi rozentuzjazmowanej publiczności epatować kiczem, serwowanym szumnie pod tytułem Muzyka XXI wieku (piszę o koncercie wrocławskim, świdnicki - z innym programem - nałożył się na występ WOB z Pasiecznik). W zalewie muzycznej grafomanii IV Kwartet smyczkowy Hanny Kulenty przemknął niemal bez echa - żal, bo to świetnie skonstruowana kompozycja, czuła, kobieca, a wolna od egzaltacji, mimo tragicznych okoliczności powstania.
Festiwal zakończył się dla mnie mocnym akcentem: rewelacyjnie ułożonym i fenomenalnie wykonanym programem pieśni Wolfa, Pfitznera, Faurégo, Debussy'ego, Loewego i Schwenka, w którym usłyszeliśmy gwiazdę wschodzącą, młodą holenderską mezzosopranistkę Christianne Stotijn przy akompaniamencie Josepha Breinla. Oddam jednak pióro i klawiaturę Bartoszowi Kamińskiemu, z którym wynieśliśmy bardzo podobne wrażenia z koncertu, a oboje nie lubimy się powtarzać.
Tyle pochwał. A teraz jeden zarzut, który miałam zresztą i do poprzednich dyrekcji. Mniej blichtru, więcej powagi. Ogólnikowe peany w telewizji i prasie lokalnej nikomu chluby nie przyniosą. Festiwal powinien przyciągnąć krytykę z prawdziwego zdarzenia, także zagraniczną. Choćby z szacunku do wykonawców. Zasłużyli na to.
| | | DOROTA KOZIŃSKA | |
|
|
|