|
|
|
|
|
|
 | Początki. Dębica i Kraków |
| przedruk fragmentu książki Penderecki. Bunt i wyzwolenie, t. 1: Rozpętanie żywiołów | Rodzina Krzysztofa Pendereckiego wpisała się w dzieje Dębicy i jej okolic w późnych latach wieku XIX. Hrabia Raczyński z Zawady, potrzebując fachowca dla zarządzania należącym do niego południowym fragmentem niegdysiejszej puszczy sandomierskiej, sprowadził z Niemiec Józefa Bergera i osadził w Zawadzie, jako nadleśniczego. Jego syn, Robert Berger, dziadek kompozytora, ożenił się z Polką, Eugenią Pomiankowską, panną wysokiej kultury i nieprzeciętnej urody. Zrodziła mu siedmiu synów i jedną córkę. Synowie, wszyscy, zapisali się w dziejach swej rodziny i swego kraju jako patrioci. Córka Zofia dała życie Krzysztofowi Pendereckiemu.
Robert Berger, ożeniony z Polką i działający w polskim środowisku był postacią, która we wspomnieniach osobistych kompozytora zajmuje miejsce ważne. Stał się osobą szczególnie mu bliską. Dziadek nie był Polakiem, był Niemcem... z ojca i matki - wyznał Penderecki. - Przed wojną wszyscy uważali go za Niemca, potem, jak Niemcy przyszli, przestał mówić po niemiecku i w ogóle do końca życia udawał, że nie zna tego języka. Tylko się modlił po niemiecku, bo nie umiał inaczej [...]. Takie są tradycje mojej rodziny ze strony dziadka. Chociaż nie był Polakiem [z urodzenia], był wielkim patriotą polskim.
Dziadek Robert miał istotny udział - co może paradoksalne - w trzech rodzajach zakorzenienia kompozytora w swoje miejsce na ziemi: w sferze miłości ojczyzny, w sferze miłości natury i w sferze wierności wierze. Pełnił w Dębicy funkcję dyrektora banku, ale zarazem działacza społecznego. Założył w swoim miasteczku oddział Sokoła, organizacji, która w czasach austriackich, pod pozorami pielęgnowania sprawności fizycznej, prowadziła wychowanie patriotyczne. Wprost nie chce się wierzyć, z jaką mocą i z jaką dosłownością idee znalazły konkretyzację w czynach. Wszyscy synowie, czyli siedmiu braci matki Krzysztofa Pendereckiego, poszli do Legionów. I po kolei ginęli, w różnych czasach i okolicznościach. Pierwszy zginął najmłodszy z nich, jeszcze w walkach pierwszej wojny, gdzieś tam koło Dyneburga... Miał siedemnaście lat. Oni szli wprost z gimnazjum, po prostu... Inny brat matki, w następnej wojnie został zamordowany przez Rosjan w Katyniu, jeszcze inny rozstrzelany przez Niemców na Pawiaku, i jeszcze inny, z powodu zaangażowania w działania Armii Krajowej musiał się ukrywać do końca życia, zmieniwszy nazwisko.
Miłość do natury okazała się dziedziczna. Wprawdzie nie wykształcony w leśnictwie, jak jego ojciec, ale wychowany wśród drzew, potrafił Robert Berger własne zainteresowania i sentymenty dendrologiczne przekazać wnukowi. Często chodziliśmy na spacery - wspomina Penderecki. - Zawsze opowiadał mi o drzewach, robiliśmy zielniczki, pomagał mi je robić. Kiedy robiło się zielniczki - dodaje - w szkole podstawowej, w gimnazjum robiłem je zawsze z dziadkiem, bo on się na tym znał i wprowadzał mnie we wszystkie tajniki. To było pierwsze zetknięcie się ze światem roślin.
Swój stosunek do spraw wiary autor Credo zawdzięcza przede wszystkim matce. Ale także dziadkowi, w którego obszernym domu w Dębicy rodzice kompozytora mieszkali i który miał niemały wpływ na domu tego atmosferę. Penderecki nazywa ją "bogobojną". Chodziło się nie tylko na mszę, ale i na roraty. - Było ciemno, nie bardzo mi się chciało, ale dziadziu chciał, żebym chodził z nim, bo się może potknąć. Miał już wtedy po siedemdziesiątce. Pamiętam więc, że chodziliśmy na roraty - powtarza - i pamiętam tę muzykę. Zapamiętał także akty strzeliste, które Robert Berger wypisał wnukowi ze swojej książeczki do nabożeństwa.
Ojcu zawdzięcza Penderecki w sprawach wiary otwartość, która wiodła go w stronę ekumenizmu. Można sądzić, iż ów ekumenizm rodził się z rodzinnych realiów. W jednym z przemówień doktorskich swoją proweniencję ujął Penderecki w lapidarnym sformułowaniu: Jestem hybrydą, moja rodzina pochodzi z kresów, babka ze strony ojca była Ormianką, natomiast dziadek Niemcem. Owa babka Ormianka, Stefania Szylkiewicz, wyszła za Polaka na służbie austriackiej, Michała Pendereckiego. Mieszkali w Zahatynie koło Stanisławowa, tuż przy dawnej polsko-ukraińskiej granicy. Otóż ów "kresowy" dziadek Krzysztofa Pendereckiego, Michał, wraz ze swoją szeroko rozgałęzioną rodziną chodził nie do kościoła, lecz do cerkwi, tyle że nie prawosławnej, ale ukraińsko-polskiej, czyli greckokatolickiej. W którymś roku, jeszcze w czasach austriackich, został służbowo przeniesiony do Dębicy. Jego syn, Tadeusz, urodzony w roku 1906, zdobywa rękę niemal rówieśnej, młodszej od siebie zaledwie o pół roku, urodziwej Zofii Berger. Wchodzi w zakorzenioną w Dębicy rodzinę żony. Jego własna, bliższa i dalsza rodzina, pozostaje już od roku 1918 poza polsko-sowiecką granicą. Podczas jednego z niedawnych pobytów Krzysztofa Pendereckiego na Ukrainie, po koncercie w Żytomierzu, siedemnastu członków rodziny ojca i dziadka Michała przyszło na spotkanie ze swym słynnym krewnym [...].
Ojcu zawdzięcza autor Czarnej maski nie tylko swe hybrydyczne pochodzenie w rozumieniu zresztą bardziej kulturowym niż biologicznym i ową ekumenicznie zorientowaną otwartość w sferze wiary. Zawdzięcza mu również, jak można sądzić, wykształcenie wrażliwości na muzykę i sferę sztuki. Dzięki ojcu była muzyka w domu wciąż obecna, a wraz z nią zapał do jej bezinteresownego uprawiania. Sam po pracy grywał na skrzypcach, a w niedziele urządzał muzykowanie domowe. W latach wojny, około Bożego Narodzenia, inscenizował jasełka, wykonywane głównie domowymi siłami. Sam pisał do nich teksty. Po wojnie kupił synowi skrzypce, niebawem również fortepian. Zetknięcie ze skrzypcami zaowocowało wielostronnie; z fortepianem ze względów szczególnych, na skutek złego wyboru nauczycielki, oczekiwanych efektów nie przyniosło. W kręgu zatem dziedziczonej po ojcu predylekcji do skrzypiec dokonywała się inicjacja przyszłego kompozytora w świat muzyki.
*
W obfitej w istotne wyznania rozmowie z Anną i Zbigniewem Baranami [w książce Labirynt czasu - red.] pada zdanie, które mogłoby służyć za motto: W starym Krakowie mogłem odczuć, czym jest ciągłość i jedność tradycji - widziałem siebie jako wychowanka kultury śródziemnomorskiej.
To, co mogło go zrazu zadziwić, to koegzystencja ekstremów. W jednym miejscu, obok siebie, egzystowało to, co dawne i otoczone szacunkiem powszechnym, należnym wartościom fundamentalnym, i to, co nowoczesne, szukające nowych rozwiązań i wartości, otoczone zainteresowaniem i uznaniem kręgów artystycznej elity, ale także pobłażliwym uznaniem stronników tradycji. Akropol wawelski i skarby Muzeum Narodowego stały więc bezkonfliktowo naprzeciw przedstawień teatrzyku Cricot 2 i wystaw Grupy Krakowskiej, zagnieżdżonej w piwnicach Krzysztoforów. Kult Wyspiańskiego - naprzeciw eksperymentów i ekstrawagancji Kantora [...].
Krzysztof Penderecki, zdawszy maturę w gimnazjum w Dębicy, zjechał do Krakowa jesienią roku 1950. Miał zamieszkać u Tadeusza Kantora, który o sporo, bo o dwadzieścia lat starszy, już wówczas był słynny w kręgach malarskiej i teatralnej bohemy i awangardy. Penderecki znał go od zgoła innej strony. Chrzestnym Kantora, a zarazem bratem jego dziadka, był [...] Robert Berger, który nie miał o przyszłym autorze Umarłej klasy opinii najlepszej. Pół żartem, pół serio, mawiał: Krzysiu, jak nie będziesz się uczył, to skończysz jak Tadeusz. Wśród najbliższych uważany był za dziwaka, a Pendereckiego przestraszyły ówczesne dzieła Kantora. Całe ściany były tam wyłożone starymi, połamanymi parasolami... Jak takie stare... nietoperze. Olbrzymie nietoperze rozpięte na ścianach. Bałem się. Zamieszkanie u Kantorów na stancji okazało się niezbyt możliwe, ku obustronnemu zresztą zadowoleniu. Pierwsze spotkanie z aktualną nowoczesnością w sztuce okazało się więc bardziej szokujące niż zachęcające do uczestnictwa.
Wchodzić w Kraków będzie Krzysztof Penderecki stopniowo i konsekwentnie. Ale zaczęło się od oszołomień. Architektura i galerie sztuki, filharmonia i parę teatrów do wyboru, uniwersytet i biblioteki, kina i kawiarnie... Prowincjusz z Dębicy pozostawiony samemu sobie w centrum polskiej kultury przeżywał zanurzenie się w życie Krakowa, jak powieściowy bohater Balzaka w życie Paryża. Na rok cały zwolniony z uczelnianych zobowiązań miał się prawo poczuć zarazem jak buszujący w zbożu. Wyznał kiedyś, że te pierwsze lata krakowskie były też jedynym w jego życiu okresem, kiedy odszedł od wiary. Ale przede wszystkim były czasem prób realizowania siebie w paru kierunkach równocześnie.
Przyjechał, by uczyć się grać na skrzypcach. Czynił to już w Dębicy pod okiem doświadczonego i wszechstronnego muzyka, Stanisława Darłaka. Pod jego też opieką nabrał doświadczeń muzykanckich, grywając w amatorskich zespołach. Poznał wówczas repertuar popularny, taneczny i weselny. Zachęcony sukcesami własnej gry skrzypcowej zaczął komponować. Oczywiście jedynie w ślad za wzorami, jakie były mu dostępne. Zwrot ku muzyce wysokiej i profesjonalnemu traktowaniu gry na skrzypcach był wynikiem zetknięcia się z muzyką Bacha, serią jego sonat i partit na skrzypce solo. Nosi do dziś Penderecki we wdzięcznej pamięci moment, gdy dostał je od przychylnej mu dziewczyny. Można powiedzieć, iż przyjazd do Krakowa był odległą konsekwencją tego gestu: przyjechał tu, by podjąć prywatne studia gry skrzypcowej u profesora szkoły wyższej, Stanisława Tawroszewicza. Studiował jakiś czas, by stwierdzić, że jednak nie tędy droga. A miał ich wówczas parę innych do wyboru.
Zapisał się na Uniwersytet Jagielloński, jako wolny słuchacz. Fascynowała go filologia klasyczna i filozofia. Całe moje zainteresowanie obszarem śródziemnomorskim, literaturą grecką i rzymską - wspomina - to wszystko wyniosłem z domu. Za sprawą mojego dziadka i ojca. W bibliotece domowej, obok Biblii w ozdobnym wydaniu, z rycinami Gustawa Doré, ważne miejsce zajmował Homer. W dębickim gimnazjum uczył się Penderecki łaciny; greki douczał się prywatnie. W Krakowie nie musiał więc zaczynać od zera. Miał szczęcie, że na filologii antycznej wykładał nadal Tadeusz Sinko. Trafił także na moment, gdy - jeszcze lub na nowo - wolno było prowadzić wykłady z filozofii Romanowi Ingardenowi. Przychodził na nie cały tłum słuchaczy, nie zawsze łatwo było dostać miejsce. Autor Sporu o istnienie świata prezentował własne spojrzenie na filozofię przełomu wieków dziewiętnastego na dwudziesty, od Bergsona po Husserla, Schellera i wiedeńskich neopozytywistów.
Przez moment w grę wchodziły dwie jeszcze możliwości: studiowanie architektury i historii sztuki. To, że wybór ostateczny uczynił Krzysztofa Pendereckiego kompozytorem, nie zaś skrzypkiem, filozofem lub badaczem kultury antycznej, architektem albo historykiem sztuki - stało się, w stopniu niemałym, dzięki szczęśliwemu zbiegowi wydarzeń. Przyszły kompozytor spotkał na swej drodze nauczyciela, który w nim odkrył jego przeznaczenie. Był nim Franciszek Skołyszewski, o którym autor Trenu nie wahał się hiperbolicznie orzec: On właściwie wymyślił mnie jako kompozytora. Ludwik Erhardt ujął rzecz w zdaniu: "Zetknął ich przypadek, lecz był to z pewnością jeden z najważniejszych przypadków w historii muzyki polskiej" (Spotkania z Krzysztofem Pendereckim, s. 9).
*
Kto nie miał szczęścia zetknąć się osobiście z Franciszkiem Skołyszewskim, może nie dać wiary temu wszystkiemu, co jego niezwykłą postać otoczyło rojem anegdot. Był oryginałem, jakich się nie spotyka, chodzącym własnymi drogami. Zdumiewała jego wszechstronność, to po pierwsze. Był teoretykiem muzyki i pianistą, matematykiem i fizykiem zainteresowanym postępem elektroniki i teorii informacji, wykładowcą harmonii i kontrapunktu, ale także akustyki i form muzycznych. Po drugie - był urodzonym pedagogiem, różnicującym swoje dydaktyczne procedury ze względu na charakter, skalę i klasę ucznia. Po trzecie zaś i najważniejsze - był wolnym duchem. Ale niezależność, którą wpajał swym uczniom, musiała mieć swoją drugą stronę: poczucie odpowiedzialności i konsekwencję w realizowaniu postawionych sobie zadań.
Siedemnastoletni samouk z Dębicy przedstawił Skołyszewskiemu walizeczkę pełną kompozycji i przeżył powieściową scenę sprawdzania niesionej przez swoje młodzieńcze rękopisy obietnicy rozwoju kompozytorskiego talentu. A w rezultacie przystał na trudne warunki. Na ciężką pracę nad sztuką kontrapunktu. Wspomina: To on mnie namówił, żebym studiował kompozycję. Przecież przyjechałem do Krakowa z Dębicy chcąc kontynuować grę na skrzypcach. Komponowałem wprawdzie już dawno, prawie od dziecka, ale on mnie przekonał, że jestem kompozytorem. I wyjaśnia bliżej, na czym polegała praca z tak szczęśliwie znalezionym przewodnikiem. Skołyszewski trzymał swego adepta przez cały rok na zaledwie dwu rodzajach kontrapunktu: nota contra notam i na gatunku nazywanym floridus. Można się było tego nauczyć za tydzień! - przesadza Penderecki, wspominając. A ja uczyłem się cały rok... W końcu musiał przyznać nauczycielowi rację: okazało się, iż nie było to wcale takie proste. Szczególnie "floridus", czyli operowanie dwugłosem i trójgłosem. Skołyszewski umacniał i utrwalał u swego ucznia procedury fundamentalne, by weszły w krew, jako naturalne sposoby osobistej wypowiedzi muzycznej.
Studia z teorii muzyki, zrazu prywatne, kontynuował Penderecki systemem szkolnym, przyjęty w roku 1952 do średniej Szkoły Muzycznej im. Władysława Żeleńskiego. Naukę kontrapunktu studiował nadal, co zrozumiałe, u tego samego mistrza. Właściwie byłem polifonią zafascynowany. Pod jego wpływem zmieniłem radykalnie sposób myślenia z wertykalnego na horyzontalny. Jeszcze dwa lata prowadził go Skołyszewski. Pisał z nim kanony i fugi, także takie skomplikowane - podwójne, potrójne... Gdy w roku 1954, jesienią, przekroczył progi Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, nie było już wątpliwości, co ma studiować. Także: u kogo. On zaprowadził mnie do Malawskiego.
Dwu miała uczelnia krakowska naówczas profesorów kompozycji: Malawskiego i Wiechowicza. Roman Palester, jak się wtedy - po cichu mówiło, "wybrał wolność" i osiadł w Paryżu. Stefana Kisielewskiego usunięto z uczelni za wyrażanie poglądów stojących w synkopach z linią oficjalną. Stanisław Wiechowicz reprezentował orientację rosyjsko-francuską, dającą się wywieść ze szkoły petersburskiej, z twórczości Rimskiego-Korsakowa i wczesnego Strawińskiego. Artur Malawski, wybitny uczeń Kazimierza Sikorskiego - szkołę warszawską, dziedziczącą jeszcze po Noskowskim przekonanie o wyższości myślenia niemieckiego w sprawach muzyki. Myślenia, którego dominantę stanowiła sztuka kontrapunktu, oparta na tradycji niderlandzko-bachowskiej. Malawski, jako kompozytor, należał do polskiej ówczesnej czołówki, ale prowadził swoją działalność najpierw w cieniu Palestra i Panufnika, potem, gdy obaj znaleźli się za granicą - w cieniu Lutosławskiego i Bacewiczówny. Miał swoje sukcesy i to znaczne: zabłysnął partyturą Etiud symfonicznych na fortepian i orkiestrę z roku 1948, grywanych przez Reginę Smendziankę i Jana Hoffmana, i Triem fortepianowym z 1953, właśnie święcącym triumfy estradowe dzięki Eugenii Umińskiej, Józefowi Mikulskiemu i Janowi Hoffmanowi. Reprezentował radykalny, ale swobodny, poza-systemowy modernizm, zorientowany bardziej ekspresjonistycznie niż neoklasycznie. Obca była mu tak dodekafonia, jak i myślenie hindemithowskie, najbliższy - Bartók.
Jako pedagog pozostawił po sobie we wspomnieniach uczniów uczucia mieszane. Wynikały z rodzaju osobowości, z jego sposobu bycia: należał do ludzi szorstkich i w obcowaniu mało przyjemnych. Wobec swych uczniów kompozycji i dyrygentury, którą objął po Walerianie Bierdiajewie, był krańcowo wymagający. Penderecki miał to szczęcie, że - jak wspomina - przyszedł do Malawskiego dzięki Skołyszewskiemu, ze znajomością kontrapunktu doskonałą. Mógł już tylko zwiększać biegłość swej sztuki, doskonalić szczegóły. Z nowym mistrzem nie dzielił poglądów estetycznych. Poddawał się rygorom, ale bez entuzjazmu. Stąd też może niezbyt sprawiedliwie zabrzmiało podsumowanie tego związku: Co mi dał? Ciąg dalszy, kontynuację. Choć - tak nawiasem mówiąc - to niewiele.
Był w krakowskiej szkole taki zwyczaj, że obie klasy kompozycji wymieniały ze sobą doświadczenia. Na wspólnych spotkaniach prezentowano nowe studenckie utwory i toczono dyskusje. Klasę Wiechowicza reprezentowała Krystyna Moszumańska, Juliusz Łuciuk i Zbigniew Bujarski, klasę Malawskiego, oprócz Pendereckiego - Janusz Ambros i Włodzimierz Szczepanek. Były to spotkania dwu światów. W pierwszym z nich akcent padał na wyobraźnię twórczą i zakorzenienie w kulturze, w drugim - na nienaganność techniki i formy. Dopełniały się idealnie. Gdy w grudniu roku 1957 Malawski umiera, Penderecki na ostatni rok studiów przechodzi do Wiechowicza. Nowy mistrz pracuje właśnie nad monumentalnie zakrojoną kantatą podejmującą temat holocaustu - nad Listem do Marc Chagalla. Z nowym uczniem nie ma problemów, gdyż ten idzie własną drogą. Jest w trakcie pracy nad utworem dyplomowym, pisanym na orkiestrę smyczkową. Rozpoczęty u Malawskiego, stanie się elegią na jego odejście.
W sposób paradoksalny, dalsza droga Krzysztofa Pendereckiego okaże się stylistycznie i estetycznie bliższa ideałom autora Listu do Marc Chagalla, hymnu Gołębica do słów Wyspiańskiego i Kolędy w olbrzymim mieście, inspirowanej Pastorałkami Tytusa Czyżewskiego - niż autora Etiud symfonicznych i Tria. Tyle że twórczość Krzysztofa Pendereckiego nie zaistniałaby bez fundamentu, jakim stała się dla niej sztuka kontrapunktu.
Może warto sobie przypomnieć i uświadomić, że Chopin chodził do Elsnera na kontrapunkt ścisły sześć razy na tydzień. | | | MIECZYSŁAW TOMASZEWSKI | |
|
|
|